środa, 12 czerwca 2019

Led Zeppelin, wierni przeszłości – artykuł w magazynie „Jazz. Rytm i Piosenka” z XI 1977 r.

 

Prezentowany tutaj artykuł Wiesława Królikowskiego był pierwszym tak szerokim opisem działalności i dorobku brytyjskiego zespołu Led Zeppelin w polskiej prasie muzycznej. Przygotowano go na fali popularności filmu „The Song Remains The Same” mającego premierę w listopadzie 1976 r.

Historia zespołu opowiedziana została w dość enigmatyczny sposób, bardziej w postaci kalendarium niż analitycznego opisu. Oczywiście powodem tego był brak źródeł umożliwiających napisanie takiego tekstu w komunistycznej Polsce. Dorobek płytowy zespołu doprowadzono do najnowszego wówczas albumu „Presence” z 1976 r.

Pamiętam jak w czasach mojej młodości zawsze podkreślano, ze w Polsce zespół Black Sabbath był zawsze bardziej popularny niż Led Zeppelin. Podkreślano też, że największą popularnością Led Zeppelin cieszyło się we wrogich nam ideowo wówczas (a może dla niektórych i obecnie) Niemczech Zachodnich, czyli w niesławnym dla komunistów RFN zwanym też z niemiecka NRF – krainie rewanżystów i Franza Josefa Straussa.

Tymczasem lata 70. XX w. w muzyce popularnej na Zachodzie, to był czas dominacji wielkich „dinozaurów rocka” a jednym z nich był właśnie Led Zeppelin. Jednak w komunistycznej Polsce jego płyt nie można było legalnie kupić w państwowych czyli de facto dostępnych dla zwykłego człowieka sklepach. Można było je nabyć jedynie na bazarach czy w Pewexach (specjalnych sklepach dolarowych dla kacyków partyjnych) za to, za niewyobrażalne dla zwykłego śmiertelnika ceny.

Większość fanów w Polsce poznała płyty zespołu Led Zeppelin tylko dzięki temu, ze dobre duszyczki w postaci redaktora Piotra Kaczkowskiego czy innych, prezentowali je w całości w Polskim Radio.

środa, 5 czerwca 2019

Neil Young - monografia artysty w magazynie "Jazz. Rytm i Piosenka" z VII-VIII 1977 r


To przypuszczalnie (bo nie jestem pewien) pierwszy w j. polskim monograficzny opis twórczości Neila Younga - kanadyjskiego gitarzysty, kompozytora i wokalisty. Obecnie artysta ten ma już 73 lata i jest jedną legend muzyki rockowej. W Polsce okresu PRL jego twórczość była znana jedynie nielicznym. Jego płyty były prezentowane w Polskim Radiu jedynie sporadycznie, a mało kto, jeżeli w ogóle była taka osoba, miał wówczas w naszym kraju jego płyty w domu. Wynikało to oczywiście z tej prostej przyczyny, że zachodnie płyty były w ówczesnej Polsce bardzo drogie i rzadko kto mógł sobie je kupić.

Dzisiaj jego albumy można w Polsce kupić bez problemu i to często nawet na różnych wyprzedażach i przecenach przez co obraz ich dostępność w przeszłości jest nieco zwichrowany. Ale nawet jak nastała w Polsce era płyt kompaktowych w latach 90. to jego albumy w wersji CD wcale nie były takie tanie. A przynajmniej nie były tanie jak na ówczesne polskie zarobki.

Neil Young zaczynał karierę w latach 60. XX w. i jest jakby żywym reliktem powstałej wówczas kontrkultury hippiesowskiej. Trzeba przyznać, że w głoszeniu jej ideałów jest niezmordowanym prorokiem, ale też nie jest skamieliną, czego dowodem są jego różnego rodzaju wolty stylistyczne na przestrzeni jego kariery. W okresie swej bardzo długiej kariery miał okresy wzlotów i upadków. Jednak zawsze po upadku, czyli nagraniu kilku słabszych płyt, udawało mu się wrócić na piedestał zarezerwowany dla najlepszych. To ostatnie w muzyce rockowej udawało się jedynie niewielu wykonawcom.

W jego dorobku solowym (bo grał także jako członek w supergrupach: Buffalo Springfield i Crosby, Stills, Nash and Young) najwyżej oceniane jest kilkanaście płyt z początków jego kariery: „Neil Young” (1969), „Everybody Knows This Is Nowhere with Crazy Horse” (1969), „After the Gold Rush” (1970), „Harvest” (1972), „Time Fades Away” (1973), „On the Beach” (1974), „Tonight's the Night” (1975), „Zuma with Crazy Horse” (1975).

Z jego późniejszych albumów studyjnych wysoko oceniane są następujące płyty: Comes a Time (1978), „Freedom” (1989), „Ragged Glory” (1990), „Mirror Ball” (1995).

Szczególne znaczenie w jego dorobku mają nagrania koncertowe wydane m.in. na następujących albumach: „Time Fades Away” (1973), „Rust Never Sleeps” 1979), „Live Rust” 1979), „Unplagged” (1993). Przedstawiają one Neila Younga jako artystę nie przejmującego się konwencjami i porywającego publiczność swymi żywiołowymi koncertowymi interpretacjami swych piosenek. Wiele ze swych solowych płyt Neil Young nagrał z zespołem Crazy Horse, którego gra na miała duży wpływ na całość brzmienia jego piosenek.

poniedziałek, 27 maja 2019

Tom Rapp i jego perły przed wieprze [Pearls Before Swine] – artykuł w magazynie „Jazz. Rytm i Piosenka” z VII-VIII 1977 r.

Jednym z dawniej słynnych, a obecnie prawie całkowicie zapomnianych zespołów jest amerykańska grupa Pearls Before Swine (nazwa pochodzi od wersetu w Biblii). Jej liderem był gitarzysta i wokalista Tom Rapp. Grupa ta grała folk, folk rocka i psychodelicznego folk rocka. Działa w latach 1965-1974 przy czym pierwszy album wydała w 1967 r. W Polsce był to zawsze zespół bardzo mało znany i wyjątkowo rzadko prezentowany na antenie Polskiego Radia.

Fani najbardziej cenią kilka pierwszych albumów tej grupy: „One Nation Underground” (1967), „Balaklava” (1968), „These Things Too” (1969) i „The Use of Ashes” (1970).

Prezentowany tutaj artykuł Kamila Sipowicza przybliża nam historię tego zespołu i jest nie tylko pierwszym, ale chyba i jednym opracowaniem o tej grupie w j. polskim.

wtorek, 14 maja 2019

Kto wymyślił listy przebojów? – artykuł w magazynie „Jazz. Rytm i Piosenka” z X 1977 r.

Ten artykuł Wiesława Weissa był chyba pierwszym opracowaniem w j. polskim tłumaczącym na czym polega różnica pomiędzy rozumieniem listy przebojów w Polsce, a znaczeniem tego słowa w USA, gdzie narodziła się nowoczesna fonografia.

W skrócie chodziło o to, że w komunistycznej Polsce przez listę przebojów rozumiano (i nadal często się rozumie) najpopularniejsze nagrania, z kolei w USA termin ten oznaczał zawsze listy sprzedaży danego albumu. Innymi słowy w tych całych amerykańskich listach przebojów chodziło zawsze o to, aby wskazać płyty, które w danym czasie najlepiej się sprzedawały. Tymczasem w Polsce okresu PRL rozumiano przez ten termin głównie płyty i nagrania, które najbardziej się podobały tzw. zwykłym ludziom.

Było to konsekwencją niezrozumienia systemu kapitalistycznego w komunistycznej Polsce, w której płyty nagrywali nie Ci, którzy tworzyli muzykę dobrze się sprzedającą, a Ci, którzy byli na usługach władzy. W Ameryce było dokładnie odwrotnie, jakiś album był nagrywany, bo przemysł muzyczny widział w jego sprzedaży zysk dla siebie.

środa, 10 kwietnia 2019

Johnny Cash – trubadur z Południa – artykuł w magazynie „Jazz. Rytm i Piosenka” z IX 1977 r.

Obecnie postać Johnny Casha (1932-2003), amerykańskiego pieśniarza country jest w miarę dobrze znana, m.in. za sprawą nagranych przez niego w końcu życia płyt i wydanej w j. polskim biografii. Jednak w okresie PRL, a więc także w późnych latach 70. XX w. jego życia i dokonania nie były takie oczywiste.

W Polskim Radio jego twórczość popularyzował Korneliusz Pacuda (ur. 1943 r.) w swych audycjach z serii „Wszystkie drogi prowadzą do Nashville”, natomiast rachityczna polska prasa muzyczna tego okresu poświęcała Cashowi niezbyt wiele miejsca.

Powyższy artykuł przygotował znany później dziennikarz muzyczny i tłumacz książek o muzyce Andrzej Keyha (ur. 1949 r.). W tym krótkim artykuliku przedstawił on Casha jako amerykańskiego balladzistę z Południa USA, a także przetłumaczył na j. polski dwie z jego słynnych piosenek.

środa, 3 kwietnia 2019

Jeff Beck – artykuł w magazynie „Jazz. Rytm i Piosenka” z XI 1977 r.

Jeff Beck (ur. 1944 r.) to jeden z najbardziej znanych muzyków rockowych i jeden z trzech najlepszych gitarzystów rockowych: po Hendrixie i Claptonie (tak przynajmniej kiedyś był oceniany). Oczywiście dzisiaj to już staruszek, ale w chwili opublikowania tego tekstu był w pełni sił twórczych, a dokładniej w jazz-rockowym okresie swej twórczości (druga połowa lat 70. XX w.).

Powyższy tekst dotyczy nie tyle opisu biografii Becka, co raczej jego techniki gry na gitarze i rodzaju sprzętu jaki używa do nagrywania płyt. Przygotował go na podstawie prasy zachodniej, a dokładniej amerykańskiego pisma „Down Beat” Roman Rogowiecki.

poniedziałek, 18 marca 2019

Melodyjne szumy Klausa Schulze / Rock i tajemnica obecności [Steve Hillage] – artykuły w magazynie „Jazz. RiP” z VII-VIII 1977 r.


Tekst przedstawiający sylwetkę i twórczość Klausa Schulze (ur. 1947 r.) niemieckiego kompozytora, perkusisty i wirtuoza syntezatorów, a także jednego z kilku głównych twórców szkoły berlińskiej w muzyce elektronicznej przygotował Roman Rogowiecki. Była to pierwsza szersza prezentacja, tego artysty na łamach polskiej prasy muzycznej i jedna z nielicznych do chwili obecnej. Przed rozpoczęciem działalności solowej Schulze współpracowal z grupami: Tangerine Dream i Ash Ra Tempel.

Z kolei tekst Wiesława Weissa pt.: „Rock i tajemnica obecności” był pierwszym większym opracowaniem prezentującym sylwetkę i dorobek artystyczny Steve’a Hillaga (ur. 1951 r.), brytyjskiego gitarzysty i kompozytora znanego wcześniej ze współpracy m.in. z grupami: Arzchael i Gong. Tekst powstał w okresie największych sukcesów solowych tego artysty tuż po wydaniu ocenianych wysoko do dzisiaj albumów: „Fish Rising” (1975) i „L” (1976).

czwartek, 7 marca 2019

Walek Dzedzej – artykuł w magazynie „Jazz” z VII-VIII 1977 r.

Tę notkę biograficzno-artystyczną Walka Dzedzeja przygotował nieżyjący już Marek Jackowski, wówczas dziennikarz muzyczny, a potem lider znanego polskiego zespołu Maanam.

Walek Dzedzej to pseudonim artystyczny Lesława (Leszka) „Cyrila” Danickiego (1953-2006) polskiego muzyka ulicznego, uważanego za jednego z twórców autentycznego polskiego folku i poetę, nazywanego w latach 70. XX w. polskim Bobem Dylanem. Jego historyczna rola polegała też na tym, że zorganizował grupę muzyczną Walek Dzedzej Pank Bend uważaną za pierwszy polski zespół punkowy.

To jeden z nielicznych tekstów poświęcony temu wykonawcy, a może nawet jedyny - oczywiście w prasie muzycznej okresu PRL. Nie nagrał on też i nie wydał w PRL żadnej płyty, stąd jego muzyka jest znana tylko dzięki przekazom słownym i nielicznym prywatnym taśmom na kasetach magnetofonowych na jakich został nagrany przez przypadkowych słuchaczy. Niektórych z jego nagrań można posłuchać w Internecie - jak się dobrze poszuka.



środa, 27 lutego 2019

„Koss” (Paul Kossoff) – artykuł w magazynie „Jazz. Rytm i Piosenka” z V/1977 r.

Paul Kossof (1950-1976) jest obecnie muzykiem nieco zapomnianym, choć w latach 70. XX w. należał doi ścisłej elity gitarzystów i muzyków rockowych. Pochodził z rodziny rosyjskich Żydów i wcześnie zainteresował się muzyką bluesową. Pod jej wpływem już w bardzo młodym wieku stał się prawie profesjonalnym gitarzystą. Początkowo grał w zespole Black Cat Bones, ale wraz z kilkoma innymi młodymi muzykami założył blues-rockowy zespół Free. Z grupą tą nagrał sześć płyt studyjnych i jedną koncertową. Niektóre z nich np. „Fire And The Water” (1970) czy „Free Live” (1971) należą obecnie do klasyki rocka.

Niestety muzyk uległ nałogowi narkotykowemu, co najpierw ograniczyło jego kreatywność w macierzystej formacji, a potem znacząco niekorzystnie wpływało na jego solową karierę, by ostatecznie doprowadzić go do śmierci (jej bezpośrednią przyczyną był atak serca, ale spowodowany przedawkowaniem narkotyków).

Jeszcze w jak był członkiem Free wziął udział w sesji do albumu nazwanego ostatecznie „Kossoff/Kirke/Tetsu/Rabbit” (1972). Po definitywnym odejściu z Free, Kossoff założył zespół Black Street Crawler, z którym nagrał dobrze oceniany album pod tym samym w tytułem wydany w 1973 r. W następnych latach uczestniczył w różnych sesjach np. na wspólnym koncercie z Erickiem Claptonem wydanym po latach jako „Croydon June 15th 1975” (1983). Jednak w tym czasie jego kariera muzyczna uległa załamaniu z powodu nałogu narkotykowego. Dużą popularnością cieszył się wydany pośmiertnie podwójny album kompilacyjny z jego utworami pt. „Koss” wydany w 1977 r.

Przedstawiony obok artykuł wspominkowy przygotowany i opublikowany w magazynie „Jazz. Rytm i Piosenka” przygotowany został w rok po śmierci tego gitarzysty. Przygotował go Roman Rogowiecki.

czwartek, 21 lutego 2019

Frank Zappa – niezmordowany. Recenzja albumu „Zoot Allures” (1976) w magazynie „Jazz. Rytm i Piosenka” nr z VI 1977 r.

To jeden z nielicznych tekstów o Franku Zappie i jego płytach opublikowanych na łamach polskiej prasy muzycznej w okresie PRL (do 1989 r.). Dobrze, że ten tekst się w ogóle wówczas pojawił – komunistyczni cenzorzy mieli awersję do wszystkiego co amerykańskie – ale też recenzji tej nadano dziwaczny tytuł przez co zniknęła istota sprawy, a więc że to recenzja najnowszego dostępnego wówczas Redakcji magazynu „Jazz” albumu Franka Zappy.

Po raz kolejny płytę tę zrecenzowano dopiero 19 lat później przy okazji omawiania całości dorobku Zappy na łamach innego polskiego magazynu muzycznego – „Tylko Rock” w grudniu 1996 r. w ramach tzw. wkładek prezentujących m-monografie poszczególnych artystów.

Tytuł płyty „Zoot Allures” pochodzi od francuskiego wyrażenia „Zut alors” oznaczającego „łagodną niespodziankę”. Początkowo album ten planowany był jako dwupłytowy, ale ostatecznie Zappa zrobił z niego jeden album, aby wywiązać się z umowy z wytwórnią Warner Bros. Pozostałe utwory nagrane podczas tej sesji zostały wydane na innych płytach Zappy za jego życia lub pośmiertnie.

Generalnie album ten Zappa (gitary: solowa i basowa, śpiew, instr. klawiszowe)  nagrał w duecie z perkusistą Terry Bozzio (a także śpiew w dwóch utworach), a brakujące partie instrumentów i wokalne powierzono zastępowi wynajętych muzyków. Dziwne jest to, że muzycy: Eddie Jobson (instr. klawiszowe, skrzypce elektryczne) i Patrick O’Hearn (gitara basowa) pojawili się na okładce tej płyty, a nie współtworzyli i nie wykonali na niej żadnego utworu.

Po raz pierwszy usłyszałem klika nagrań z tej płyty w jednej z audycji muzycznych Programu III (chyba, bo mógł to być także Program IV) Polskiego Radia nadanych 29 XI 1981 r. dokładniej rzecz biorąc w jednej z audycji z cyklu „Mistrzowie muzycznego pastiszu”. Nadano wówczas trzy utwory z tej płyty: „Black Napkins”, „Ms. Pinky” i „The Torture Never Stops”. Do dzisiaj zresztą są to moje ulubione nagrania z tej płyty. Dorzuciłbym do nich jedynie utwór tytułowy „Zoot Allures”.

Moim ulubionym nagraniem z tej płyty jest kompozycja „The Torture Never Stops” („Tortura sięnie kończy”). Utwór ma powolną narrację z przejmującym wokalem kobiecym jakby torturowanej kobiety. Pierwotnie był to blues śpiewany przez przyjaciela Zappy Captaina Beefhearta. Różne zespoły Zappy bardzo często wykonywały ten utwór na koncertach w różnym czasie, stąd ma wiele rejestracji koncertowych.

O czym dokładnie jest ten utwór? To jest dobre pytanie. Generalnie utwór ten opowiada w alegorycznej formie o więzieniu, rzeczywistym lub umysłowym, w jakim znajdują się niektórzy ludzie będąc poddani torturze, która nigdy się nie kończy.

czwartek, 14 lutego 2019

Blues na bizona, węża i kojota – ZZ Top w magazynie „Jazz. Rytm i Piosenka” nr 4 z 1977 r.

Po raz pierwszy usłyszałem muzykę zespołu ZZ Top w 1980 r. w jednej z piątkowych audycji „Muzyczna Poczta UKF” przygotowanych przez Marka Gaszyńskiego. Prowadził on wówczas w jej ramach taki cykl pt.: „Encyklopedia rocka” gdzie przy okazji litery „Z” zaprezentował kilka nagrań mało znanego wówczas w Polsce amerykańskiego zespołu.

Prezentowany poniżej artykuł był pierwszym tekstem jaki ukazał się w j. polskim o tej grupie w naszym kraju w okresie PRL. Przygotował go młody Roman Rogowiecki. Artykuł ten czytałem po raz pierwszy dopiero w 1981 r. dzięki uprzejmości kuzyna, który pożyczył mi egzemplarz magazynu "Jazz" z tym artykułem.

Pamiętam, że wówczas moim marzeniem, było to na początku lat 80. XX w., posłuchanie wszystkich płyt tej grupy i zobaczenie jak wyglądali jej członkowie, bo w artykule nie było jej zdjęcia. Dzisiaj to wszystko jest na wyciągnięcie ręki w Internecie, ale czasy się zmieniły, stąd i dla dzisiejszej młodzieży w Polsce (ale i na świecie) nie jest to żadna atrakcja.

Masową popularność w Polsce, podobnie jak na świecie, zespół ZZ Top zyskał dopiero dzięki nieco bardziej komercyjnemu albumowi „Eliminator” z 1983 r., a w szczególności dzięki pochodzącym z niego teledyskom. Emitowala je takżę polska telewizja w okresie stanu wojennego. Szczególnie charakterystyczny był zwłaszcza jeden z nich: „Gimme All Your Lovin'” z niecodziennym stylowym samochodem.

W kraju, w którym dosłownie wszystkiego brakowało każdy marzył o prezentowanym w teledysku samochodzie, a dokładniej rzecz biorąc o Fordzie Model B z 1933 roku.

poniedziałek, 4 lutego 2019

David Bowie – Przybysz z obcej planety / The Band – Ostatni walc grupy The Band – artykuły w magazynie „Jazz. Rytm i Piosenka” z IV 1977 r.


David Bowie, a właściwie David Robert Jones (1947-2016) uważany jest obecnie za jedną z najważniejszych postaci w historii muzyki popularnej. Jest tym bardziej paradoksalne, że w młodości z lekceważeniem odnosił się do muzyki rockowej i raczej myślał o karierze aktorskiej. Pierwszy płyty nagrał i wydał już w latach 60. w tym nieśmiertelny przebój „Space Oddity” (1969).

Ale jego właściwa kariera w pełni rozkwitła dopiero w pierwszej połowie lat 70., kiedy to nagrał całą serię znakomitych przebojów i płyt długogrających. Bardzo udane były już pierwsze albumy jakie nagrał w tej dekadzie: „The Man Who Sold the World” (1970) i „Hunky Dory” (1971).

Prawdziwą megagwiazdą Bowie stał się dzięki postaci Ziggy Stardusta i albumowi „The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders From Mars” (1972). Było to arcydzieło glam rocka atrakcyjne brzmieniowo i ideowo do chwili obecnej. Dobrą passę Bowiego podtrzymał także album „Aladdin Sane” (1973). Już jednak kolejna płyta „Pins Up” (1973) została przyjęta raczej chłodno. Ostatnim albumem Bowiego w stylu glam rockowym był „Diamonds Dog” (1974).

W połowie dekady Bowie uznał, że pora na zmiany, co zaowocowało serią albumów w nowych stylach: białego soulu: Young Americans” (1975) i funku: „Station to Station” (1976). Ich sukces skłonił Bowiego do dalszych poszukiwań artystycznych czego owocem była nowatorska trylogia: „Low” (1977), „Heroes” (1977) i „Lodger” (1979). znalazła się na niej muzyka łącząca elementy art rocka z muzyką eksperymentalną, ambientem i elektroniką. Szczególne wrażenie, głównie przygnębiające, sprawiał zwłaszcza utwór „Warszawa” z albumu „Low” odmalowujący naszą stolicę jako komunistyczne, szare i ponure miasto gdzie na Wschodzie Europy. Ten fakt jednak sprytnie pominięto w artykule o Bowiem wydrukowanym w magazynie „Jazz”.

To właśnie z tego okresu pochodzi przywoływany tutaj artykuł Wiesława Weissa o Davidzie Bowie. Jest to jeden z pierwszych tekstów tego znanego później dziennikarza muzycznego. W tamtym czasie twórczość i sylwetka Davida Bowie była w Polsce wciąż dość słabo znane, stąd ten tekst miał ogromną wartość informacyjną.

Z kolei The Band, to zespół kanadyjski działający w altach 1967-1999. Początkowo była to grupa towarzysząca Bobowi Dylanowi jednak szybko wyemancypowała się w samodzielny i twórczy zespół rockowy. To typowy przykład grupy spoza Oceanu dla której najważniejsza była prostota i sięganie do własnych korzeni kulturowych w poszukiwaniu materii muzycznej. Stąd też nie znajdzie się u nich tanich przebieranek, niepotrzebnych fajerwerków i tandetnej konfekcji muzycznej. Za to na pewno na ich płytach można posłuchać bardzo dobrej muzyki rockowej silnie osadzonej na korzeniach: bluesa, country i folku. Mówiąc o contry, mam na myśli prawdziwe country a nie jego skomercjalizowaną wersję.

Wszystkie swe najlepsze albumy The Band nagrali na przełomie lat 60. i 70.: „Music From Big Pink” (1968), „The Band” (1969), „Stage Fright” (1970), „Cahoots” (1971). Wszystkie z nich to obecnie klasyki muzyki rockowej i stylu zwanego roots rock. Jednocześnie grupa nadal wspomagała Dylana na jego najlepszych albumach, m.in. na studyjnym „The Basement Tapes” (1975) czy koncertowym „Before The Flood” (1974).

W połowie lat 70. zespół był zmęczony trudami kariery i postanowił zawiesić swoją działalność. Przedtem jednak postanowił zarejestrować album koncertowy do którego nagrania zaprosił wielu słynnych muzyków z jakimi występował przez lata m.in. Boba Dylana, Neila Younga, Erica Claptona, Van Morrisona i Joni Mitchell. Ostatecznie zarejestrowano koncert grupy z 1976 r. na bazie czego powstał trzypłytowy album „The Last Waltz” wydany w 1978 r. Była to zarazem ścieżka dźwiękowa filmu o grupie nakręcona przez znanego reżysera Martina Scorsese.

To właśnie relacja z owego pożegnalnego walca, a więc koncertów zespołu The Band w 1976 r. stała się bezpośrednim powodem do napisania przez Raya Dąbrowskiego opublikowanego tutaj tekstu o zespole The Band. W tym czasie grupa ta nie była zbyt dobrze znana masowemu odbiorcy w PRL. A myślę, że i obecnie jest podobnie, choć oczywiście dzięki większemu dostępowi do amerykańskich płyt i Internetowi także The Band stał się w Polsce bardziej popularny.

poniedziałek, 21 stycznia 2019

Joni Mitchell - analiza tekstów w magazynie "Jazz. Rytm i piosenka" z V/1977


Joni Mitchell (a właściwie Roberta Joan Mitchell z d Anderson) to kanadyjska pieśniarka, gitarzystka i autorka tekstów. Dość powszechnie uważana jest za jedną z najważniejszych postaci muzyki folk rockowej. Jednak w swoim repertuarze miała też utwory popowe i jazzowe. Obecnie ma już 75 lat a z wiekiem jej aktywność nagraniowa i koncertowa znacznie osłabła (ostatnią płytę studyjną „Shine” wydała w 2007 r.).

Oczywiście nie sposób opisać w paru słowach całej jej twórczości i kariery, ale na pewno można wskazać na jej najważniejszy okres. A ten przypadł na lata pomiędzy końcem lat 60., kiedy zadebiutowała, a końcem lat 70. XX w. To właśnie w tym okresie, a zwłaszcza w ciągu pierwszej połowy tej drugiej dekady nagrała wszystkie swej najlepsze i najbardziej cenione przez krytykę i fanów płyty.

Do jej największych osiągnięć zalicza się albumy: „Clouds” (1969), „Ladies of the Canyon” (1970), „Blue” (1971), „Court and Spark” (1974), „The Hissing of Summer Lawns” (1975) i „Hejira” (1976). Im bliżej końca lat 70. tym jej albumy miały niższy poziom artystyczny i ten stan trwał przez całe lata 80. Do ponownej formy artystka wróciła w latach 90. ale nagrane wówczas albumy nie cieszyły się już tak kultowym uznaniem jak jej płyty z okresu debiutu.

Z pewnością głównym motywem do napisania przypominanego tutaj artykułu prezentującego sylwetkę Joni Mitchell były sukcesy jej albumów z pierwszej płowy lat 70, a zwłaszcza płyty „Hejira” wydanej w 1976 r. Jego autor, Artur Śliwiński skoncentrował się jednak nie tyle na prezentacji całości jej twórczości, co na analizie jej tekstów.

Przedstawił jej utwory jako tzw. twórczość zaangażowaną, co było szczególnie mile widziane przez komunistycznych propagandystów tamtej epoki. Odpowiadało to bowiem ich wizji przedstawiania utworów rockowych czy folkowych jako pieśni protestu przeciwko zastanemu systemowi społeczno-politycznemu, czyli innymi słowy przeciwko kapitalizmowi.

Nie przypadkowo więc we wszystkich krajach dawnego Bloku Wschodniego promowano takich artystów zachodnich, którzy byli reprezentantami wszelkiej maści uciśnionych np. Amerykanina Dana Reeda (1938-1986) zwanego „Czerwonym Elvisem”.

Faktycznie podjęcie tego tematu mogło być zresztą sprytnym unikiem tego dziennikarza, dzięki któremu w ogóle pozwolono mu na opublikowanie tego tekstu. Wszak pokazywał on znaczącą artystkę świata zachodniego walczącą ze złem tego świata ze swojego, a nie socjalistycznego punktu widzenia.

Ja osobiście nigdy nie przepadałem za Joni Mitchell, bo angielski nie jest moim macierzystym jeżykiem i nigdy tak do końca nie rozumiałem jej zaangażowanych tekstów (i nie chodzi o to że nie mogę ich przeczytać czy zrozumieć, ale o to, że często nie rozumiem ich szerszego kontekstu). Jednak nigdy nie lubiłem jej zbytnio z powodu jej piskliwego głosu działającego mi na nerwy. Ale oczywiście doceniam jej wkład w rozwój folk rocka itp. a nawet mam dwie jej płyty na CD.

Gdy po raz pierwszy czytałem ten artykuł na początku lat 80. z pożyczonego oprawnego rocznika „Jazz” to nie miałem pojęcia kim jest Joni Mitchell.

czwartek, 10 stycznia 2019

Reggae i The Eagles - opisy w magazynie "Jazz. Rytm i Piosenka" z V 1977 r.

W czasie gdy ukazały się te artykuły w Polsce to mało kto w naszym kraju wiedział co to jest muzyka reggae, a także znał zespół The Eagles.

Muzyka reggae jaką znamy powstała pod koniec lat 60. XX w. w stolicy Jamajki – Kingston. Jednak korzenie tego gatunku były znacznie starsze, bo wywodziły się z muzyki mento powstałej w połowie XIX w. Była to jamajska muzyka ludowa będąca połączeniem brzmień afrykańskich i europejskich.

W latach 60 mento przekształciło się w ska (mieszankę jazzu, R&B i mento-calypso) a następnie rocksteady (to wówczas powstał charakterystyczny rytm oparty na współbrzmieniu basu i perkusji). Już wówczas niektórzy przedstawiciele tych stylów wybili się ponad przeciętność, np. utwory piosenkarki Milli Small weszły na listy przebojów Billboardu.

Jednak prawdziwy przełom w popularności muzyki jamajskiej nastąpił wraz z wielkim międzynarodowym sukcesem zespołu The Wailers na początku lat 70. XX w. Muzyka reggae stała się wówczas bardzo modna i stała się inspiracją także dla innych gatunków muzyki popularnej. Liderem zespołu The Wailers był Bob Marley - kompozytor, gitarzysta i wokalista. Zachodnie media wykreowały go na najważniejszą postać muzyki reggae. Jednak równie istotną rolę w jej stworzeniu odgrywali także inni muzycy, np. Burning Spear, czy pozostali członkowie The Wailers: Bunny Livingston i Peter Tosh.

Prezentowany tutaj artykuł powstał na fali wielkich sukcesów Boba Marleya i zespołu The Wailers na świecie w pierwszej połowie lat 70. XX w. Było to możliwe dzięki intensywnej promocji tego gatunku muzyki przez brytyjską wytwórnię Island. To właśnie wówczas powstały największe klasyki tej grupy, albumy: „Catch a Fire” (1973), „Burnin’” (1973), „Natty Dread” (1974), „Rastaman Vibration” (1976) i „Exodus” (1977).

Przyczyną powstania drugiego z tekstów, a więc mini monografii zespołu Eagles, był niewątpliwie światowy sukces w sprzedaży jej albumu składankowego tego zespołu pt. „Their Greatest Hits 1971–1975” wydanego przez wytwórnię Asylum w 1976 r. Już w chwili ukazania się płyta ta sprzedawała się nadzwyczaj dobrze. Obecnie album ten klasyfikowany jest jako szósta najlepiej sprzedająca się płyta w dziejach fonografii z liczbą sprzedanych egzemplarzy na poziomie ok. 42 mln.

Eagles, to zespół amerykański grający folk i country rocka. Pierwotnie istniał w latach 1971-1980, po czym się rozpadł. W 1994 r. reaktywował się i działa praktycznie do chwili obecnej, choć jeden z jego liderów gitarzysta i wokalista Glenn Frey zmarł w 2016 r. Na szczęście nadal żyje i tworzy drugi z liderów tej grupy perkusista i wokalista Don Henley. Pozostali członkowie zespołu dość często się zmieniali.

Muzycy, którzy stworzyli pierwszy skład The Eagles nie byli debiutantami bowiem doświadczenie estradowe uzyskali już wcześniej w innych grupach. A były to nie byle jakie zespoły: Poco, Flying Burrito Brothers i The James Gang. Jednak w Polsce okresu PRL nie byli to wykonawcy zbyt znani i popularni (i w sumie obecnie nadal nie są), stąd w artykule podkreślono jedynie fakt, że byli oni członkami zespołu towarzyszącego piosenkarce contry Lindzie Ronstadt, bo tę akurat w Polsce lat 70. XX w. bardziej znano.

Międzynarodowe uznanie zespół Eagles zyskał dzięki przeplataniu na swych albumach nagrań łagodnych o charakterze piosenkowym z dość drapieżnymi utworami rockowymi. Wszystkie swe najlepsze albumy grupa nagrała i wydała w latach 70. XX w. Najsłynniejszym z nich była płyta „Hotel California” z 1976 r. Koneserzy bardzo wysoko cenią też jej debiut „Egales” z 1972 r. a zwłaszcza album koncepcyjny „Desperado” wydany w następnego roku.

czwartek, 27 grudnia 2018

Earth Wind & Fire - biografia grupy w magazynie "Jazz. Rytm i Piosenka" z V 1977 r.

To pierwszy obszerniejszy tekst o grupie Earth Wind & Fire jakie ukazał się w Polsce okresu PRL. Przygotował go Roman Rogowiecki. Większość ludzi w Polsce w latach 70. nie miała dostępu do jego muzyki. Mogli słyszeć tylko to co puszczano w Polskim Radio, a ta grupa nie należała do ulubionych zespołów ówczesnych prezenterów. Bardziej znana w naszym kraju stała się dopiero w epoce disco, ale wtedy też i sam zespól zmienił styl na bardziej komercyjny.

Amerykański zespół Earth Wind & Fire powstał w 1969 r. i istnieje nieprzerwanie do chwili obecnej. Początkowo grał bardziej taneczną wersję R&B, soulu i funku, która drogą naturalnej ewolucji przeszła w muzykę disco. Po przeminięciu mody na disco powrócił do swego pierwotnego stylu ale o bardziej popowym charakterze. Szczególną rolę w jego brzmieniu odgrywały doskonałe partie dęte i wyjątkowo sprawna sekcja rytmiczna.

W ciągu kilkudziesięcioletniej kariery nagrał wiele albumów długogrających, a także wydał niezliczoną ilość przebojowych singli. Wszystkie swe najważniejsze i najlepsze płyty wydał w latach 70. XX w.

Szczególnie cenione pod względem artystycznym jest kilka jego albumów z połowy wspomnianej dekady: „That's the Way of the World” (1975), „Spirit” (1976), „All 'n All” (1977) i „I Am” (1979). Publikowany tutaj artykuł powstał na fali wielkich sukcesów trzech pierwszych z wymienionych powyżej płyt i wielkich sukcesów muzyki disco.

Ja nigdy nie byłem miłośnikiem tego zespołu, ale zawsze go doceniałem jako jednego z protoplastów muzyki disco. W okresie mojej młodości była ona bardzo popularna w Polsce i preferowana przez władze komunistyczne epoki Gierka. Lubili oni taką odideologizowaną rozrywkę, bo odciągała ona obywateli Nadwiślańskiego Kraju od polityki. Z kolei ludzie żyjący wówczas w naszym kraju fascynowali się nią, bo była łatwa w odbiorze i dawała ułudę zachodniej wolności. W sumie była to dość tandetna muzyka i rozrywka. Jednak z perspektywy czasu i późniejszych sukcesów muzyki disco polo w Polsce, te dawne disco było wręcz dziełem sztuki, a obecnie jest już klasyką gatunku.

środa, 19 grudnia 2018

„Raz, dwa, trzy, cztery - boogie!” – artykuł o zespole Lynyrd Skynyrd w magazynie „Jazz. Rytm i Piosenka” z III 1977 r.

Amerykański zespół Lynyrd Skynyrd jest obecnie jedną z legend rocka a także gwiazd stylu określanego jako southern-rock. Początki jego działalności sięgają połowy lat 60., ale faktyczny debiut grupy miał miejsce w 1973 r. Tego samego roku ukazał się jego pierwszy album „Pronounced 'Leh-'nérd 'Skin-'nérd”.

Po nim grupa wydała jeszcze kilka kolejnych klasycznych już dzisiaj albumów z których najbardziej udanym był „Second Helping” z 1974 r. Dzięki nim, na początku drugiej połowy lat 70., grupa uzyskała w USA status gwiazdy, jednak w Polsce była praktycznie nieznana.

Powyższy artykuł o tym zespole napisany przez Romana Rogowieckiego był pierwszą poważną biografią tej grupy jaka ukazała się w polskiej prasie muzycznej okresu PRL. Oczywiście w chwili opublikowania się tego artykułu nie znałem tego zespołu ani nie czytałem tego artykułu, bo nie miałem dostępu do tego pisma. Zapoznałem się z nim dopiero pod koniec 1980 r. dzięki temu, że udało mi się pożyczyć od kuzyna oprawny rocznik magazynu „Jazz” z 1977 r. gdzie został opublikowany.

W październiku 1977 r. liderzy grupy zginęli w katastrofie lotniczej, stąd z konieczności zawiesiła ona swą działalność na wiele lat. Reaktywacja zespołu w innym składzie nastąpiła w 1987 r.

Po raz pierwszy jego pierwszymi płytami zapoznałem się w kilku audycjach z cyklu „Minimax” Piotra Kaczkowskiego nadanych na przełomie listopada i grudnia 1982 r.

niedziela, 9 grudnia 2018

Hot Tuna – biografia zespołu w magazynie „Jazz. Rytm i Piosenka” z II 1977 r.

Amerykański zespół Hot Tuna jest stosunkowo mało znany w Polsce (mówię o zwykłych śmiertelnikach, a nie zawodowcach). Założyło go dwóch członków grupy Jefferson Airplane: gitarzysta Jorma Kaukonen (ur. 1940 r.) oraz basista i wokalista Jack Casady (ur. 1944 r.). Skład uzupełniali także inni muzycy.

Grupa zaczęła od grania własnych stylizacji bluesowych i jazzowych, ale z biegiem czasu wypracowała własny styl zbliżony do obecnego stylu zwanego "Americana" będącego syntezą różnych nurtów amerykańskiej muzyki popularnej. W części nagrań zbliżała się w formie do hard rocka. W Polsce nigdy nie była to grupa zbyt znana i popularna.

Klasyczny okres działalności tego zespołu to lata 1969-1977. Później grupa odradzała się jeszcze dwa razy i istnieje do dzisiaj. Zespół grał głównie bluesa i blues rocka, a później także w stylu zwanym Americana. Te dwa pierwsze style nie były zbyt popularne w pierwszej połowie lat 70, kiedy działał, stąd zespół nigdy nie osiągnął sukcesu na jaki zasługiwał.

Najbardziej cenione są cztery pierwsze albumy studyjne tej grupy: „Hot Tuna” (1970), „First Pull Up, Then Pull Down” (1971), „Burgers” (1972) i „The Phosphorescent Rat” (1973). Do bardzo udanych należą też jego albumy koncertowe: „Hot Tuna” (1970) i „Double Dose” (1978).

Biografię zespołu przygotował Jakbu Nagabczynski doprowadzając ją do omówienia wydanego w 1975 r. całkiem udanego albumu „Yellow Fever” i koncertów grupy na festiwalu w angielskim Knebworth.

środa, 28 listopada 2018

Little Feat – artykuł w magazynie „Jazz. Rytm i Piosenka” ze I 1977 r.

Amerykański zespół Little Feat grający mieszankę rocka i bluesa ale także country, jazzu i funku istnieje nieprzerwanie od 1969 r. do chwili obecnej, ale dni jego największej świetności należą już do przeszłości. W Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii w latach 70. i 80. była to zawsze gwiazda największej wielkości, w Polsce jest raczej mało znany i doceniany (mam na myśli masowego odbiorcę).

Uważam, ze głównym powodem jego mniejszej popularności w Polsce i Europie była jego amerykańskość i przywiązanie do korzeni muzyki country. Ich utwory ze swoją niebanalną melodyką i rozbudowaną sekcją rytmiczną razem ze skłonnością do jamowania stworzyły właściwie nowy styl łączący najlepsze cechy stylów poprzednio wspomnianych. W zasadzie była to ich własna oryginalna odmiana southern rocka.

To także przykład zespołu, w którym doszło do odejścia głównego lidera i twórcy większości repertuaru, a pomimo tego grupa nie tylko się nie rozpadała, ale stała się jeszcze popularniejsza. Mam na tutaj na myśli jej wokalistę i gitarzystę Lowella Georga, który opuścił zespół w 1979 r. (wkrótce później zresztą zmarł), a jego miejsce zajął wokalista Craig Fuller z którym grupa nagrała przebojowe i dobrze sprzedające się albumy w latach 80. Z kolei rolę tego ostatniego jako lidera w latach 1993-2009 przejęła wokalistka Shaun Murphy.

Pomimo kilku dekad nieustannej aktywności twórczej i wielu sukcesów artystycznych i komercyjnych powszechnie uważa się, że grupa swe najlepsze albumy nagrała w latach 70. z Lowellem Georgem. Szczególnie cenione są jej cztery pierwsze płyty: „Little Feat” (1971), „Sailin' Shoes” (1972), „Dixie Chicken” (1973), „Feats Don't Fail Me Now” (1974), a także wydany kilka lat później koncertowy album „Waiting for Columbus” (1978).

Przygotowany przez Romana Rogowieckiego [Ro Ro] artykuł o tej grupie dla magazynu „Jazz” był pierwszym tak szczegółowym opisem jej kariery i muzycznych dokonań w języku polskim. Jedyną wadą jego opracowania jest brak fotografii prezentującej ten zespół. Ale w tamtych odległych czasach, czyli ponad 40 lat temu, zdobycie wizerunku jakiegoś wykonawcy w PRL nie było sprawą łatwą, a niekiedy było prawie niemożliwą.

Pierwszy raz przeczytałem ten artykuł w 1981 r. w oprawnym roczniku tego czasopisma z 1977 r. jakie pożyczyłem od kuzyna (on z kolei miał go pożyczone od jednego z kolegów w szkole średniej do jakiej chodził).

wtorek, 20 listopada 2018

Howlin’ Wolf (1910-1976) – nekrolog w „Jazz RiP” z III 1976 r.


Jednym z pierwszych tekstów o bluesmanach jaki przeczytałem w polskiej prasie, był nekrolog Howlin’a Wolfa (Skowyczący Wilk) opublikowany w "Jazz. Rytm i Piosenka" w numerze z marca 1976 r. Jak widać, od śmierci tego bluesmana i publikacji tego nekrologu minęło już ponad 40 lat - to kawał czasu.

Wówczas umierali weterani bluesa i jazzu, a ich śmierć była czymś naturalnym - bo przecież byli starzy.  Jak każdemu młodemu wydawało mi się, że także wiecznie będę młody, podobnie jako moi młodzi muzyczni idole. Obecnie nie ma praktycznie tygodnia, bym nie przeczytał, że zmarł taki, a to inny znany, lub mniej znany, muzyk rockowy, bluesowy czy jazzowy. Dla Śmierci nie ma taryfy ulgowej - zabiera krwawe żniwo kiedy chce. Zasługi i bogactwo nic tutaj nie znaczą.

Tak naprawdę Howlin' Wolf nazywał się Chester Arthur Burnett, był jednym z głównych przedstawicieli chicagowskiego bluesa, a uroczy pseudonim uzyskał dzięki sposobowi śpiewania przywodzącym na myśl zawodzenie wilka.

Aby nie zepsuć tego artykuliku opublikowałem go wraz z całą stroną na której znalazł się także nekrolog amerykańskiego śpiewaka Paula Robesona (1898-1976) a także rubryka „Kącik Jazz-filatelisty” redagowany przez Pawła Wohla. Od dziesięcioleci nie zbieram znaczków, ale w wówczas, gdy czytałem ten tekst po raz pierwszy, byłem zapalonym młodym filatelistą.

Obecnie o Howlinie Wolfie najłatwiej poczytać w Internecie, choćby na Wikipedii, ale w czasach mojej młodości takie coś było po prostu niewyobrażalne. Nie do pomyślenia dla zwykłego człowieka było także wiele innych rzeczy jakie od zarania gatunku dotyczyły bluesa, a więc wpływ segregacji rasowej na ten gatunek muzyki, bardzo częsta niemożliwość ustalenia pewnych życia, a zwłaszcza urodzin wielu muzyków, nikłe wiadomości o ich życiu i dorobku, a także praktyczna niemożliwość – dla przeciętnego melomana – posłuchania tej muzyki, z powodu dość nikłych i trudno dostępnych nakładów płyt.

W czasach młodości mogłem jedynie pomarzyć o zapoznaniu się z muzyką Howlina Wolfa. To były nagrania bardzo niekomercyjne stąd rzadko prezentowano je w Polskim Radio, a albumów z jego muzyką  nie miał nie tylko nikt mi znany, ale myślę, że także mało kto w ówczesnej Polsce.

Osobnym problem było samo ustalenie dokładnej dyskografii, gdyż najczęściej bluesmani wydawali swe płyty w postaci singli dla wytwórni specjalizujących się w muzyce rasowej (czyli tylko dla czarnych). Rzadko kiedy wydawali swe płyty w postaci albumów długogrających stąd po latach, dla poznania ich twórczości, ważniejsze stawały się wydawane po latach płyty składankowe gromadzące nagrania z sesji w jakich uczestniczyli dani wykonawcy.

W wypadku Howlina Wolfa takim najlepszym zestawem składankowym grupującym wszystko co najistotniejsze w jego dorobku artystycznym była trzypłytowa składanka „The Chess Box” wydana przez wytwórnię Chess w 1991 r.

poniedziałek, 12 listopada 2018

Tangerine Dream / Powrót Jethro Tull – artykuły o zespołach z magazynu „Jazz. Rytm i Piosenka” z V 1976 r.


Obecnie niemiecki zespół Tangerine Dream wykonujący muzykę elektroniczną jest grupą powszechnie znaną także w Polsce. Jednak w okresie PRL, a zwłaszcza w połowie lat 70. nie było to takie oczywiste. Po pierwsze grupa wykonywała utwory czysto instrumentalne a przez to mało przystępne dla mniej wyrobionych słuchaczy, a ponadto pochodziła z wyklętego przez komunistów RFN (Republiki Federalnej Niemiec). W przeciwieństwie do NRD (Niemieckiej Republiki Demokratycznej) był to kraj kapitalistów, rewanżystów i agentura USA w Europie. Artykuł bardzo znanego obecnie dziennikarza Romana Rogowieckiego o Tangerine Dream był jedną z pierwszych prób przedstawienia jego dorobku w Polsce okresu PRL. Wspomniano tutaj o pierwszych albumów wydanych przez ten zespół: „Electronic Meditation” (1970), „Alpha Centauri” (1971), „Zeit” (1972), „Athem” (1973), „Phaedra” (1974), „Rubycon” i „Richochet” (1975). Wydaje się że artykuł ten powstał na zamówienie redakcji „Jazz” z powodu rynkowego i artystycznego sukcesu czterech ostatnich płyt tej grupy nagranych dla Virgin Records. Dzisiaj te informacje nie znaczą prawie nic, wówczas była to prawie cała wiedza o tej grupie w języku polskim.

Z kolei brytyjska grupa Jehtro Tull była już w tym czasie w Polsce w miarę znana, przynajmniej w kręgach fanów rocka. Z tego względu bardziej obszerny tekst Andrzeja Kutyłowskiego o tym zespole skupia się wyłącznie na omówieniu kilku jego albumów wydanych w połowie lat 70. A konkretnie rzecz biorąc przedstawiono tutaj następujące płyty: „Thick As A Brick” (1972), „A Passion Play” (1973), „War Child” (1974) i „Minstrel In The Gallery” (1975). Nie licząc pierwszej i ostatniej z tu wymienionych, obecnie pozostałe z tych albumów uważane są za mniej udane w dyskografii grupy. Ale wówczas ich bieżąca ocena była raczej pozytywna, nie licząc silnie krytykowanego albumu „A Passion Play”.

Oczywiście dla Czytelnika w PRL wszystkie wymienione powyżej albumy znajdowały się poza zasięgiem możliwości ich nabycia – i posłuchania. Wówczas tych płyt nie można było w Polsce kupić w oficjalnej sprzedaży. Praktycznie występowały jedynie na bazarach, czyli wolnym handlu, ale tam cena każdej z tych płyt przekraczała często przeciętny miesięczny zarobek Polaka. Z tego względu miłośnicy tych grup w PRL znali muzykę z tych płyt jedynie dzięki ich prezentacjom w Polskim Radio. To dlatego Polskie Radio w okresie PRL, a w szczególności taki Program Trzeci należy uważać za kulturotwórczy w tym czasie.

niedziela, 4 listopada 2018

Nazareth / Genesis – wyjście z cienia – magazyn „Jazz. Rytm i Piosenka” VII-VIII 1976

Jeżeli miałbym wskazać jakie artykuły o muzyce zrobiły na mnie największe wrażenie w młodości, gdy dopiero zaczynałem interesować się muzyką, to powiedziałbym, że właśnie te dwa. Opublikowano je „Jazz. Rytym i Piosenka” czyli ówczesnej wersji Magazynu Muzycznego Jazz. W połowie lat 70. w PRL było to jedne wówczas pismo poświęconym muzyce popularnej (nie licząc hermetycznego „Jazz Forum”).

Oczywiście w 1976 r. nie mogłem go przeczytać, bo nie interesowałem się muzyką, a nawet gdybym chciał, to w tej odległej od świata wsi nad czeską granicą w jakiej mieszkałem, jej kupno było czymś całkowicie nierealnym. Zapoznałem się z nią dopiero w jesienią 1981 r., kiedy mój kuzyn Franciszek K. przyniósł mi wypożyczony od swego kolegi ze szkoły średniej w Bielsku Białej oprawny rocznik tej gazety z 1976 r.

Byłem pod ogromnym wrażeniem znajdującej się w niej wiedzy i słowo w słowo przepisałem te dwa artykuły do swojego brulionu B5, w którym zapisywałem swe notatki o muzyce. Postanowiłem sobie też, że także będę kupował gazety fachowe o muzyce oraz że kiedyś kupię sobie (czy raczej odkupię) taki oprawny rocznik magazynu "Jazz". I faktycznie to zrobiłem, ale dopiero wiele lat później i to z niego pochodzą te skany.

Zafascynowany nagraniem „Telegram” grupy Nazareth, które już dobrze w tym czasie znałem, wyobrażałem sobie jak wspaniale muszą brzmieć także inne nagrania tego zespołu. Wtedy nie byłem świadom, że hard rockowy „Telegram”, zresztą z bardzo zepsutą banałem muzyczną końcówką utworu, był raczej nietypowym niż typowym nagraniem tej szkockiej grupy. Ale wówczas tego nie wiedziałem, a nie miałem żadnej możliwości aby zapoznać się z innymi nagraniami tego zespołu. Gdy wreszcie to nastąpiło byłem nimi bardzo rozczarowany.

Z kolei gdy pierwszy raz usłyszałem zespół Genesis w Polskim Radio, to miałem wrażenie, że brzmi on jakoś tak głucho, monotonnie, nudno, a wokalista śpiewa bardzo nosowo. Potem zauważyłem, że podobne odczucia mieli także inni ludzie, zwłaszcza tacy, którzy tylko bardzo pobieżnie interesowali się muzyką. W każdym razie musiało minąć trochę czasu zanim przekonałem się do tej grupy, a gdy to nastąpiło, to okazało się że nie mogę sobie nagrać jego płyt, bo aż tak często nie prezentowano ich w radio, a jego oryginalnych albumów na winylu nie miał nikt mi znany.

O tym, że w połowie lat 70. w grupie tej miała miejsce istotna zmiana na stanowisku wokalisty, którym w miejsce Petera Gabriela został Phil Collins dowiedziałem się już w jednej z audycji prowadzonych przez Piotra Kaczkowskiego, który był wielkim fanem tego zespołu. Jednak w pełni  zrozumiałem istotę tych przemian dopiero gdy przeczytałem o nich we wspomnianym tutaj artykule.

Dzięki niemu zrozumiałem też czemu Genesis dzięki albumowi „A Trick Of The Tail” (w 1976 r. nowemu) wyszli z cienia. Niestety, aby go posłuchać musiałem poczekać parę lat, gdyż jakoś nie mogłem na niego trafić w Polskim Radio. A gdy go wreszcie kupiłem na bazarze w Katowicach to… byłem bardzo rozczarowany, ale nie muzyką, tylko samą płytą. Ale to temat na osobną opowieść.

Artykuł o Nazareth przygotował młody wówczas Roman Rogowiecki, obecnie jeden z najbardziej znanych polskich dziennikarzy muzycznych. A artykuł o Genesis napisał K. Piekutowski, stały ówczesny redaktor muzyczny pisma „Jazz”.

piątek, 2 listopada 2018

Queen... – artykuł w magazynie „Jazz Rytm i Piosenka” z VII-VIII 1976 r.


Pierwszy raz w życiu poczytałem o zespole Queen w magazynie „Jazz Rytm i Piosenka” z 1976 r. Oczywiście nie zrobiłem tego w 1976 r., kiedy oryginalnie ukazał się ten magazyn, a dopiero w 1980 r., a więc cztery lata później. Cały rocznik tego czasopisma pożyczyłem wówczas od kuzyna Franciszka K., a ten z kolei pożyczył go od kolegi ze szkoły średniej w Bielsku Białej do której chodził.

Opisano w nim pierwsze cztery albumy tego zespołu z lat 1973-1975 do płyty „A Night at the Opera” z 1975 r. włącznie. W tym czasie nie była to jeszcze grupa znana w Polsce, ale już w chwili gdy o niej czytałem, a więc w 1980 r. była już bardzo znana. Właśnie ten status mało znanego w Polsce, ale odnoszącego duże sukcesy zespołu zdecydował, że ówczesna Redakcja magazynu „Jazz” zdecydowała się opublikować artykuł o tym zespole. Dla mnie każdy tekst z „Jazzu” był wówczas jak cytat z Biblii, a więc także ten, bo nie miałem dostępu do innego źródła informacji o muzyce. Myślę, że podobnie odczucia ma większość fanów rocka żyjących w okresie PRL.

W tym czasie jego autor, Wiesław Weiss, był młodym człowiekiem (miał wówczas 20 lat), studentem Akademii Ekonomicznej w Warszawie, a wspomniany tekst był jego debiutem pisarskim na łamach poważnej prasy muzycznej. W 2016 r. obchodził więc 40 rocznicę swej kariery jako dziennikarza muzycznego, o czym w żartobliwy sposób sam W. Weiss wspomniał we wstępie wydawanego przez siebie czasopisma „Teraz Rock” nr 161 z VII 2016 r.

W czasach gdy po raz pierwszy czytałem ten tekst o Queen to nie tylko nie miałem pojęcia o tym zespole, ale także o tym, kim jest Wiesław Weiss. Dla mnie był jakąś daleką i ważna personą z Warszawy, a także wszechwiedzącą, skoro napisał to co napisał. W tym czasie nawet nie przyszło mi do głowy, że był zaledwie 7 lat starszy ode mnie i jako biedny student nie mógł sobie kupić tego numeru „Jazzu” w którym opublikował własny tekst.

Dzisiaj Wiesław Weiss to „Człowiek Encyklopedia Rocka” – dosłownie i w przenośni, gdyż o muzyce rockowej wie najwięcej w Polsce – tak przynajmniej uważam (choć nie koniecznie zawsze ma rację). Uczynił dla popularyzacji wiedzy o tej muzyce bardzo wiele, może najwięcej w tym kraju, bo napisał kilka encyklopedii rocka (szkoda że nie dokończył – i nie dokończy - tej wielotomowej), a przede wszystkim dał nam wszystkim dostęp do wiedzy o muzyce dzięki redagowanym przez siebie monografiom rockowym, a zwłaszcza dwóm czasopismom: „Tylko Rock” i „Teraz Rock”.

Oczywiście mam większość napisanych i wydanych przez niego książek, a także wszystkie numery wspomnianych powyżej miesięczników. Przykro mi tylko, że nigdy nie uwzględniono w nich moich wypowiedzi czy sugestii, choć kilka razy w ciągu tych wszystkich lat, do nich pisałem.

Poniżej skan tego historycznego tekstu. Dzisiaj ten tekst wydaje się oczywisty i banalny, bo wszyscy wszystko wiedzą dzięki Internetowi, ale epoce był to tekst nowatorski i odkrywczy a także wcale taki nie łatwy do napisania, choćby z powodu braku dostępu do źródeł.

czwartek, 1 listopada 2018

Steely Dan – artykuł w magazynie „Jazz. Rytm i Piosenka” z IV 1976 r.



Amerykański zespół Steely Dan należy obecnie do grona klasyków rocka lat 70., ale i wówczas i teraz znany jest w zasadzie dość wąskiemu gronu koneserów muzycznych. Zespół powstał w 1972 r. z inicjatywy dwóch muzyków i kompozytorów: Waltera Breckera gitara (zm. 2017 r.) i Donalda Fagena – śpiew, instr. klawiszowe (obecnie ma 70 lat).

Grupa specjalizowała się w tworzeniu muzyki łączącej soft rock, pop, jazz, funk i R&B co uzupełniała inteligentnymi i dość zgryźliwymi tekstami oraz niesamowitą wręcz perfekcją studyjną i wykonawczą. W sumie w latach 1972-1980 wydała siedem wysoko ocenionych przez recenzentów albumów studyjnych (wszystkie dla wytwórni MCA), z których za szczególnie udane uznano cztery pierwsze: „Can't Buy a Thrill” (1972), „Countdown To Ecstasy” (1973), „Pretzel Logic” (1974) i „Kathy Lied” (1975). Uzyskano na nich bardzo wyrafinowane popowo-jazzowe brzmienie, co dla tradycyjnych rockowych melomanów ceniących mocniejsze uderzenie może być dość znaczącą wadą. Wiele lat później wydała jeszcze dwie płyty studyjne w 2000 i 2003 r., ale nie zrobiły już one takiego wrażenia jak ich dawne dzieła.

Największą popularnością cieszyła się w macierzystym kraju, ale nawet tam nie była masowo znana. Już w połowie lat 70. redakcja magazynu „New Musical Express” nawała ich „najlepszą niewidzialną grupą na świecie”, a po już po rozpadzie tego zespołu magazyn „Rolling Stone” nazwał ją „perfekcyjnie muzycznymi antybohaterami lat 70.”. A wszystko to z powodu tego, iż od początku swej działalności koncentrowała się ona na działalności studyjnej i nagrywaniu coraz bardziej wysmakowanych i perfekcyjnych albumów przy maksymalnym ograniczaniu promocji swych nagrań na koncertach. To ostatnie było powodem odejścia od niej kilku znanych i bardzo dobrych muzyków, w tym gitarzysty Jeffa „Skunk” Baxtera.

W połowie lat 70. zespół ten był praktycznie nieznany w Polsce, dlatego redakcja „Jazz. RiP” zleciła przygotowanie krótkiego artykułu o nim młodemu wówczas dziennikarzowi muzycznemu Romanowi Rogowieckiemu. Po latach można powiedzieć, ze wykonał on swe zadanie dobrze, choć nie miał bezpośredniego dojścia do płyt i informacji o tym zespole.

Artykuł ten był także moim pierwszym spotkaniem ze Steely Dan, a przeczytałem go dzięki wypożyczonemu od kolegi oprawnemu rocznikowi magazynu „Jazz” jaki udostępnił mi w 1980 r. (sam także miał go wypożyczony). Minęło wiele lat zanim w pełni zapoznałem się z twórczością tej grupy. Faktycznie jest dobra, ale dla mnie zawsze była zbyt popowa, przesadnie perfekcyjna, a za to mało poszukująca i pozbawiona pewnej dozy szaleństwa (w pozytywnym rozumieniu tego słowa). Ich wystudiowana twórczość jest dla mnie trochę zbyt matematyczna i pozbawiona ludzkiego czynnika , ale niektóre płyty bardzo mi się podobją.

Artykuł ten przygotował Roman Rogowiecki.

wtorek, 30 października 2018

Patti Smith - biografia artystki w magazynie „Jazz. Rytm i Piosenka” z IX 1976 r.

 
We wrześniu 2016 r. Patti Smith obchodziła swoje 70 urodziny, czyli praktycznie jest już babcią. Pierwszym opracowaniem jakie ukazało się na temat tej artystki w prasie muzycznej PRL był artykuł Andrzeja Kutyłowskiego pt.: „Patti Smith” opublikowany w magazynie „Jazz. Rytm i Piosenka” we wrześniu 1976 r. Artystka ta miała wówczas 30 lat.

Faktycznie jej sceniczne imię Patti to przydomek, bo nazywa się Patricia Lee Smith, ale autor powyższego artykułu nie mógł o tym wiedzieć, bo nie miał dostępu do takich informacji.
 W czasie gdy Kutyłowski pisał ten tekst Patti Smith miała w dorobku zaledwie jednego singla i jeden album „Horses” (1975 r.). Już wówczas uważany był za ważny, a obecnie postrzegany jest jako przełomowy. Jego przełomowość polegała na odwołaniu się do korzeni rocka and rolla a tym samym wpisujący się w jedno ze źródeł muzyki punk.

Obecnie Patti Smith jest już weteranką, matką, żoną, wdową ale ciągle osoba twórczą. Na koncie ma obecnie 11 albumów, z których najważniejszym wciąż pozostaje album „Horses”. Do jej największych osiągnięć zalicza się także trzy kolejne albumy z końca lat 70.: „Radio Ethiopia” (1976), „Easter” (1978) i „Wave” (1979), a z ostatnich lat album „Trampin’” z 2004 r.

Podobnie jak w innych przypadkach po raz pierwszy z tym tekstem zetknąłem się na początku lat 80.  dzięki pożyczonemu rocznikowi magazynu "Jazz" z 1976 r. Dopiero pod koniec lat 80. kupiłem ten rocznik w jednym z antykwariatów.

Czytając ten artykuł musimy pamiętać, że ma on już ponad 40 lat, a więc od jego napisania upłynęło już sporo czasu. O tyle też lat jesteśmy starsi i mądrzejsi - czy głupsi - jak kto woli.

niedziela, 28 października 2018

Procol Harum wczoraj i dziś - artykuł "Jazz. Rytm i Piosenka" nr 3 z III/1976 r.


Brytyjski zespół Procol Harum jest jednym z klasyków tzw. symfonicznego rocka, a więc muzyki łączącej rocka z elementami muzyki klasycznej. Głównym źródłem inspiracji dla tego zespołu była muzyka epoki baroku, a w szczególności Jana Sebastiana Bacha.

Początki tej grupy sięgają 1959 r., ale pod nazwą Procol Harum występowała dopiero od 1967 r. Wtedy też powstała spółka autorska: Gary Brooker (kompozytor muzyki) i Keith Reid (teksty) odpowiedzialna za większość sukcesów zespołu. Grupa ta wielokrotnie zmieniała skład, ale zawsze na jego czele stał grający na pianinie wokalista Gary Brooker.

Obok niego i Reida klasyczny skład grupy w latach 60. tworzyli: Robin Trower (gitara), Matthew Fisher (organy), Dave Knights (gitara basowa), B.J. Wilson (perkusja). W  latach 70. Trowera zastąpil na gitarze Mick Grabham, Fischera na organach Chris Copping, a Knighta na basie Alan Cartwright.

W latach 1967-1977 grupa nagrała i wydała w sumie dziewięć płyt studyjnych i jedną koncertową. Wśród nich przynajmniej trzy należy uznać za kanoniczne dla gatunku zwanego rockiem, dwie studyjne: "Procol Harum" (1967) i "Grand Hotel" (1973) i koncertową "Procol Harum Live In Concert with the Edmonton Symphony Orchestra" (1972).

We wrześniu 1975 r. ukazał się jej ósmy album studyjny "Procol's Ninth" (a dziewiąty w ogóle, stąd tytuł), powszechnie uznawany za mniej udany, choć zawierający jedno z klasycznych nagrań grupy, bardzo zresztą udaną kompozycję "Pandora's Box". Płytę tę wydały na licencji wytwórni Chrysalis także Polskie Nagrania i to już w 1975 r. W Polsce album ten ukazał się z trzema różnymi labelami: czarnym, czerwonym i niebieskim.

Wydanie tej płyty w Polsce pamiętam doskonale, choć nie interesowałem się wówczas muzyką, nie miałem o niej pojęcia i nie doceniałem muzyki tak wówczas dla mnie dziwnej i obcej jak twórczość Procol Harum. Pamiętam to dlatego, że mój Ojciec kupił tę płytę, bo mieliśmy nowy gramofon, więc trzeba było na nim co puszczać, miał taką okazję i chciał być na czasie. Moja Mama była bardzo zła, bo płyta ta kosztowała 120 ówczesnych złotych. Było to znacznie mniej niż cena oryginalnego wydania tego albumu, ale w Polsce było to prawie sto procent więcej niż cena każdej innej wydawanej wtedy w naszym kraju płyty winylowej.

Niestety, w tym czasie nikt z naszej rodziny nie był przygotowany na słuchanie tej dość trudnej w odbiorze muzyki. Z tego powodu płyta ta leżała gdzieś tam na stosie innych nie słuchanych płyt i czekała na lepsze czasy. Graliśmy ją tylko wówczas, gdy chcieliśmy jakiemuś naszemu gościowi pokazać dziwną muzykę jaka grają na "Zachodzie".

Wydaje się, że wydanie tej płyty nad Wisłą nie było przypadkowe, gdyż w lutym 1976 r. zespół Procol Harum dał serię koncertów w naszym kraju. W ten sposób grupa ta stała się jednym z niewielu liczących się zachodnich wykonawców rockowych jacy występowali na żywo w Polsce okresu PRL-u. Przy okazji tego tournee ukazał się ten przedstawiony tutaj artykuł w magazynie "Jazz. RiP" przybliżający polskiemu melomanowi biografię i twórczość tego zespołu.

Czytając ten tekst Andrzeja Kutyłowskiego należy pamiętać, że od opisywanej trasy koncertowej tej grupy w Polsce minęło ponad 40 lat, a lider tej grupy Gary Brooker ma ponad 70 lat.

czwartek, 25 października 2018

Rock And Roll, czyli co nam zostało z tych lat... - artykuł Michała Morawskiego z magazynu "Jazz Rytm i Piosenka" nr 3/1976 r.


Gdy w 1980 r. zaczynałem swoją przygodę z muzyką praktycznie nie miałem możliwości na zgłębienie głodu wiedzy o swej ulubionej muzyce w fachowej prasie, bo taka praktycznie w Polsce PRL nie istniała. Całą swoją wiedzę czerpałem więc z konieczności z rubryk muzycznych w krajowej prasie młodzieżowej, m.in. ze "Świata Młodych" a zwłaszcza z tygodnika "Razem". Brakowało mi jednak bardziej rzetelnej wiedzy i całościowego spojrzenia na ówczesną muzykę młodzieżową.

W tamtych zamierzchłych czasach w Polsce praktycznie dostępne dla zwykłego śmiertelnika były tylko trzy periodyki typowo muzyczne: dwa wydawane przez Polskie Stowarzyszenie Jazzowe: "Jazz" i "Jazz Forum", a także magazyn "Non Stop" będący dodatkiem do "Tygodnika Demokratycznego". Z tych trzech gazet praktycznie znałem tylko tę pierwszą. Stało się to możliwe dzięki kuzynowi Franciszkowi K. który pewnego letniego dnia w 1980 r. zdołał wypożyczyć od jednego z kolegów, ze szkoły do której chodził, kilka oprawnych roczników tego pisma z lat 1976-1979.

Wybłagałem wówczas u niego aby mi je czasowo wypożyczył, bo także chciałem je przejrzeć i poczytać. Byłem zachwycony a jednocześnie rozczarowany, bo większość treści dotyczyła muzyki jazzowej i to jeszcze opisywanej z punktu widzenia fachowców, czyli pod względem muzykologicznym i organizacyjnym. Oczywiście pismo to było stosunkowo niewielkie pod względem ilości stron a dodatkowo wyłącznie czarno-białe, ale to był wówczas standard w PRL. Na kolor mogły sobie tylko pozwolić pisma mile widziane przez władze, a do takich na pewno "Jazz" nie należał.

Nie tylko wielokrotnie przeczytałem wówczas każdy znajdujący się tam tekst dotyczący muzyki rockowej, ale także te najważniejsze przepisałem słowo w słowo. Żeby była jasność, przepisałem ręcznie, długopisem w grubym zeszycie, bo o przepisaniu na maszynie mogłem wówczas jedynie pomarzyć. Właściwie nie przyszło mi to nawet do głowy, bo urządzenie to, czyli maszyna do pisania, było ściśle reglamentowane w okresie PRL (władze uważały że może być wykorzystane do szkalowania ustroju itp.).

Jednym z artykułów jakie zrobił wówczas na mnie duże wrażenie był tekst Michała Morawskiego pt.: "Rock & Roll czyli co nam zostało z tych lat..." opublikowany w nr 3 z 1976 r. wspomnianego czasopisma. Przypominając o obchodach 20 rocznicy powstania rock and rolla ma świecie w 1975 r. przypomniał sylwetki sześciu najwybitniejszych przedstawicieli tego gatunku. Do swego opisu wybrał trzech białych muzyków: Bill Haley, Elvis Presley, Jerry Lee Lewis i trzech czarnych: Fats Domino, Little Richard i Chuck Berry.

W tekście Morawskiego jakby znaczenie i proporcje zostały nieco zachwiane, bo to raczej Chucka Berre'go należałoby uznać za najważniejszego przedstawiciela wczesnego rock and rolla, a tutaj został on opisany na końcu. Kilku innych w ogóle pominięto, np. uwielbianego na Zachodzie Buddy Holly'ego.

Dzisiaj wiemy, że biali tylko ukradli tę muzykę czarnym, którzy grali rock and rolla już od lat 40. XX w., ale nie mogli się z tym repertuarem przebić do głównego nurtu muzyki światowej zdominowanego przez białych. Wówczas nosiła ona nazwę rhythm and bluesa i była muzyką typowo rasową, a więc zamkniętą w gettcie czarnej publiczności.

Dopiero w połowie lat 50. XX w. Elvis i inni uczynili z niej muzykę białych. Dokładniej rzecz biorąc chodziło o młodych białych dzieciaków z dobrze sytuowanych domów na amerykańskich przedmieściach. Byli oni znudzeni martyrologią starszego pokolenia i szukali nowych podniet nieznanych wcześniej starszemu pokoleniu.

W tym kontekście narodziny rock and rolla wpisywały się więc w ogólne przemiany kulturowe Ameryki lat 50., XX w., kiedy jej obywatele wzbogaceni na II wojnie światowej mogli przeznaczyć więcej pieniędzy i czasu na wypoczynek i rozrywkę.

Czytając ten tekst pamiętajmy, że opublikowano go 40 lat temu, a więc znacznie więcej niż ćwierć wieku, a to przecież kawał czasu, choć mniej niż pół wieku. Przez ten czas rock and roll z fanaberii młodych, za jaką go wówczas uważano, stał się już dawno ważnym elementem kultury muzycznej w większości cywilizowanych państw świata.

niedziela, 21 października 2018

O czym będzie ten blog?


Ten blog będzie prezentował wybrane wycinki z prasy muzycznej wydawanej w Polsce w okresie PRL. Najczęściej same wycinki, ale niekiedy też z moimi autorskimi komentarzami.

Polska prasa muzyczna w okresie PRL pod względem ilości, treści i formy była więcej niż skromna. Prasa ta powstała wraz z upowszechnieniem się nowych nurtów muzyki rozrywkowej na świecie i w Polsce. A więc najwcześniej powstała prasa jazzowa, w której z biegiem czasu stworzono rubryki poświęcone innym rodzajom muzyki popularnej: bluesowi, soulowi, rockowi itp. Pierwszym, a zarazem ostatnim, ściśle rockowym magazynem w Polsce okresu PRL, był "Magazyn Muzyczny". Czasopismo to wydawano w latach 1983-1991 i  - zwłaszcza na początku - wiele miejsca poświęcano w nim także na inne gatunki muzyki, m.in. country i zwykłą piosenkę.

Z powodu izolacji kraju na arenie międzynarodowej i zwykłej biedy ówcześnie dziennikarze muzyczni mieli bardzo utrudniony dostęp do informacji ze świata muzyki popularnej. Z tego powodu często z konieczności zmuszeni byli do korzystania z materiałów z tzw. drugiej ręki, a więc wydawanej na Zachodzie prasy muzycznej i różnego rodzaju encyklopedii muzycznych. W wyniku takiego podejścia przygotowywane przez nich artykuły do polskiej prasy muzycznej nosiły piętno wtórności, ale nie zawsze, gdyż pojawiały się także w pełni oryginalne opracowania. 

Pomimo opisanych wcześniej dosyć istotnych wad dla większości ludzi żyjących w tamtym czasie w Polsce, polska prasa muzyczna była jedynym źródłem informacji o muzyce w Polsce i na świecie. Wydawane wówczas w naszym kraju czasopisma muzyczne były wówczas bardzo trudno dostępne. Działo się tak nawet pomimo ich dość wysokich nakładów, stąd dla wielu - w tym dla mnie - były one niedostępna. Obecnie posiadanie tego rodzaju prasy nie jest już żadną atrakcją i w większości zamieszone w niej teksty są zapomniane. W prasie tej swoją drogę zawodową rozpoczynało w wielu znanych później dziennikarzy muzycznych.

Moim celem jest przypomnienie za pośrednictwem tego bloga jak wyglądał świat muzyki popularnej w świetle oficjalnej prasy muzycznej PRL.

W załączniku kolaż okładek pism muzycznych wydawanych w Polsce okresu PRL