Gdy
w 1980 r. zaczynałem swoją przygodę z muzyką praktycznie nie miałem
możliwości na zgłębienie głodu wiedzy o swej ulubionej muzyce w fachowej
prasie, bo taka praktycznie w Polsce PRL nie istniała. Całą swoją
wiedzę czerpałem więc z konieczności z rubryk muzycznych w krajowej
prasie młodzieżowej, m.in. ze "Świata Młodych" a zwłaszcza z tygodnika
"Razem". Brakowało mi jednak bardziej rzetelnej wiedzy i całościowego
spojrzenia na ówczesną muzykę młodzieżową.
W tamtych
zamierzchłych czasach w Polsce praktycznie dostępne dla zwykłego
śmiertelnika były tylko trzy periodyki typowo muzyczne: dwa wydawane
przez Polskie Stowarzyszenie Jazzowe: "Jazz" i "Jazz Forum", a także
magazyn "Non Stop" będący dodatkiem do "Tygodnika Demokratycznego". Z
tych trzech gazet praktycznie znałem tylko tę pierwszą. Stało się to
możliwe dzięki kuzynowi Franciszkowi K. który pewnego letniego dnia w
1980 r. zdołał wypożyczyć od jednego z kolegów, ze szkoły do której
chodził, kilka oprawnych roczników tego pisma z lat 1976-1979.
Wybłagałem
wówczas u niego aby mi je czasowo wypożyczył, bo także chciałem je
przejrzeć i poczytać. Byłem zachwycony a jednocześnie rozczarowany, bo
większość treści dotyczyła muzyki jazzowej i to jeszcze opisywanej z
punktu widzenia fachowców, czyli pod względem muzykologicznym i
organizacyjnym. Oczywiście pismo to było stosunkowo niewielkie pod
względem ilości stron a dodatkowo wyłącznie czarno-białe, ale to był
wówczas standard w PRL. Na kolor mogły sobie tylko pozwolić pisma mile
widziane przez władze, a do takich na pewno "Jazz" nie należał.
Nie
tylko wielokrotnie przeczytałem wówczas każdy znajdujący się tam tekst
dotyczący muzyki rockowej, ale także te najważniejsze przepisałem słowo w
słowo. Żeby była jasność, przepisałem ręcznie, długopisem w grubym
zeszycie, bo o przepisaniu na maszynie mogłem wówczas jedynie pomarzyć.
Właściwie nie przyszło mi to nawet do głowy, bo urządzenie to, czyli
maszyna do pisania, było ściśle reglamentowane w okresie PRL (władze
uważały że może być wykorzystane do szkalowania ustroju itp.).
Jednym
z artykułów jakie zrobił wówczas na mnie duże wrażenie był tekst
Michała Morawskiego pt.: "Rock & Roll czyli co nam zostało z tych
lat..." opublikowany w nr 3 z 1976 r. wspomnianego czasopisma.
Przypominając o obchodach 20 rocznicy powstania rock and rolla ma
świecie w 1975 r. przypomniał sylwetki sześciu najwybitniejszych
przedstawicieli tego gatunku. Do swego opisu wybrał trzech białych
muzyków: Bill Haley, Elvis Presley, Jerry Lee Lewis i trzech czarnych:
Fats Domino, Little Richard i Chuck Berry.
W tekście Morawskiego
jakby znaczenie i proporcje zostały nieco zachwiane, bo to raczej
Chucka Berre'go należałoby uznać za najważniejszego przedstawiciela
wczesnego rock and rolla, a tutaj został on opisany na końcu. Kilku
innych w ogóle pominięto, np. uwielbianego na Zachodzie Buddy Holly'ego.
Dzisiaj
wiemy, że biali tylko ukradli tę muzykę czarnym, którzy grali rock and
rolla już od lat 40. XX w., ale nie mogli się z tym repertuarem przebić
do głównego nurtu muzyki światowej zdominowanego przez białych. Wówczas
nosiła ona nazwę rhythm and bluesa i była muzyką typowo rasową, a więc
zamkniętą w gettcie czarnej publiczności.
Dopiero w połowie lat
50. XX w. Elvis i inni uczynili z niej muzykę białych. Dokładniej rzecz
biorąc chodziło o młodych białych dzieciaków z dobrze sytuowanych domów
na amerykańskich przedmieściach. Byli oni znudzeni martyrologią
starszego pokolenia i szukali nowych podniet nieznanych wcześniej
starszemu pokoleniu.
W tym kontekście narodziny rock and rolla
wpisywały się więc w ogólne przemiany kulturowe Ameryki lat 50., XX w.,
kiedy jej obywatele wzbogaceni na II wojnie światowej mogli przeznaczyć
więcej pieniędzy i czasu na wypoczynek i rozrywkę.
Czytając ten
tekst pamiętajmy, że opublikowano go 40 lat temu, a więc znacznie więcej
niż ćwierć wieku, a to przecież kawał czasu, choć mniej niż pół wieku.
Przez ten czas rock and roll z fanaberii młodych, za jaką go wówczas
uważano, stał się już dawno ważnym elementem kultury muzycznej w
większości cywilizowanych państw świata.